Trudne lepszego początki

Mam czasami wątpliwości, czy termin „sztuka” może objąć wszystko, co na pierwszy rzut oka wygląda na sztukę. Jestem praktykiem a rzeczy, które wykonuję z natury przeznaczone są do oglądania, mimo tego czasami jestem tak niezadowolona z tego, co zrobię, że sięga to kategorii wstydu i powracam kolejny raz do pytania, czy w ogóle jestem i mogę być artystką. 

Utrzymuję się z pracy własnych rąk – obrazów i rękodzieła, uczę, jestem instruktorem plastyki na wielu poziomach, wykonuję cudze pomysły, projektuję, itd., ale to próby robienia sztuki na razie jako takiej najbardziej mnie pochłaniają. Mam wrażenie, że byłam w tym lepsza na studiach, ale w moim przypadku wykształcenie artystyczne o kant tyłka rozbić. Nie zrobiłam żadnej kariery, moje artystyczne CV przypomina chleb posmarowany cienką warstwą margaryny. Najlepsze lata życia zmarnowałam jako animator kultury w średnim ośrodku w jeszcze bardziej średnim mieście, gdzie moje artystyczne kompetencje sprowadzały się do projektowania akcydensów i od czasu do czasu wykonywania mniej lub bardziej skomplikowanych instalacji i dekoracji scenicznych za okrojony budżet. Kiedy poczułam, że następuje we mnie intelektualna cofka, wymyśliłam, że otworzę pracownię plastyczną. Otworzyłam a po roku i pół rzuciłam pracę. 

Oczywiście nie tak miało być. Szukałam tylko miejsca, gdzie mogłabym malować, w domu brakowało miejsca a pomysły przybierały na gabarytach. Miałam wtedy pieniądze, żeby wynająć małe pomieszczenie na taką pracę i mieć po prostu swój prywatny schron atomowy, ale wyszło inaczej. 
Wyszło bardziej. 

Teraz, oprócz tego, że jest to jednoosobowa firma, jest to miejsce, gdzie nie tylko zmagam się z  zarabianiem na sztuce i edukacji artystycznej, ale przede wszystkim szukam tam tej „sztuki”, choć często wychodzą z tego „sztuczki”.  Żyję wciąż pomiędzy komercją a szukaniem siebie w swoich obrazach i obrazkach. Czasami jestem pogubiona, ale trwam i próbuję, zanurzona w tym sztuczkowym eklektyzmie. 



Komentarze